Tylko (nie) TY!

Kochamy naszego Pana. Wielbimy Go i oddajemy Mu cześć. Uroczyście oddajemy Mu chwałę w święta Wielkanocne i Bożego Narodzenia. Należymy do różnych wspólnot kościelnych. Jeździmy na rekolekcje, dni skupienia i pielgrzymki aby móc kontemplować Jego Słowo, aby być bliżej Niego. Zawierzamy Mu nasze życie, oddajemy wszystkie troski i chcemy pełnić Jego wolę. Nasze serce należy do Niego. 

Ale do czasu… 

Jest taki moment w życiu samotnej, niezamężnej kobiety, kiedy duchowe fundamenty zaczynają się trząść jak osika. Przychodzi taki moment kiedy frustracja z powodu niechcianej samotności sięga zenitu i nasza bezinteresowna miłość do Boga powoli przygasa. Gdy przekleństwo samotności i niezrealizowanych marzeń o szczęśliwym małżeństwie i macierzyństwie, pali od środka ogniem żalu, gniewu, często rozpaczy. Palące poczucie niespełnienia wzmaga się wprost proporcjonalnie do gasnącego żaru zaufania Bogu. Przecież nie tak miało być. Nie tak miało wyglądać nasze życie. Przecież Bóg jest miłością. A my niczego bardziej nie pragniemy jak miłować! Miłować… ale swojego męża, ale swoje dzieci, ale swoją rodzinę. Kocham Cię Boże więc daj mi wreszcie to czego pragnę. Jestem Twoją córką, córką Króla przecież, Twoją królewną więc daj mi męża i dzieci abym miała kogo kochać. Ja chcę kochać! Ja chcę być kochana!

JEZUS: Trwaj w miłości Mojej…

Przecież ja nie mam powołania do zakonu. Moim marzeniem jest kochać Cię w moim mężu, w moich dzieciach, w mojej rodzinie. Obiecuję Ci Panie, że będę Ci wiernie służyć i miłować Cię całym moim sercem, całą moją duszą, całym moim umysłem ale spełnij pragnienie mojego serca. Błagam! Czekam już tak długo! Przecież to Ty włożyłeś w moje serce pragnienie rodziny. No kto, jeśli nie Ty? Hm… Przecież moje marzenia są dobre i zgodne z tym czego naucza Kościół. Przecież Ty sam powiedziałeś, że nie jest dobrze aby człowiek był sam… Przecież…

JEZUS: Trwaj w miłości Mojej…

Boże tylko nie Ty! (ups!)

Żadna z wierzących kobiet, nie odważy się głośno powiedzieć: Boże, tylko nie Ty! W rzeczywistości jednak żyjemy z takim przesłaniem, wyrytym głęboko, na dnie naszego serca. Możemy przekonać się o tym dopiero w chwili próby a taką próbą jest życie według zupełnie innego scenariusza niż ten, który same pieczołowicie spisywałyśmy od młodzieńczych lat. O czystości naszych intencji i pragnień, możemy przekonać się jedynie w chwili próby. Taką próbą jest moment, w którym Bóg pragnie wyznać nam swoją miłość a my robimy wszystko aby to zignorować! Po cóż nam doświadczenie miłości oblubieńczej do Jezusa, skoro na samą myśl o zakonie dostajemy gęsiej skórki? My chcemy kochać Jezusa w Marku, Grześku albo Kubie, w jakimś konkretnym mężczyźnie, który nas wybierze, któremu wpadniemy w oko, który się nami zachwyci i nam się oświadczy. W niepojęty sposób umyka nam, że Jezus także jest konkretną osobą i ma nam do zaoferowania znacznie więcej niż wymarzony mężczyzna. On jest Bogiem, jest Źródłem miłości i wzywa nas do rzeczywistej relacji ze sobą. A my? Boimy się takiej bliskiej relacji osobowej z Jezusem bo podejrzewamy Go o najgorsze. 

Absurd, jak można podejrzewać Boga o najgorsze?! Ano można. Podświadomie a z czasem już i świadomie, takie wyobrażenie Boga towarzyszyło mi przez wiele lat. Co ciekawe, nie jestem w tym doświadczeniu odosobniona. Z relacji wielu kobiet (uwaga – także mężatek) wiem, że mimo ich wieloletniego doświadczenia życia wewnętrznego, w sytuacjach przełomowych mają problem z zaufaniem Bogu i pełnieniem Jego woli. Wszystkie, mówią to samo: „Jeśli odpuszczę i zrezygnuję z własnej wizji na życie, to On (Bóg) na pewno da mi coś, czego nie chcę! Jeśli oddam Mu moje pragnienie małżeństwa, to na „stówę” powoła mnie do zakonu a ja tego nie chcę! Nie wierzę, że Boża wizja na moje życie może być piękniejsza i uszczęśliwi mnie bardziej, niż ta, którą mam i którą noszę w sercu od lat”. NIEWIARA. BRAK ZAUFANIA. WĄTPLIWOŚCI. PODEJRZLIWOŚĆ. SAMOWYSTARCZALNOŚĆ. MIŁOŚĆ WŁASNA. Oto cierpkie owoce karłowatej, wykoślawionej miłości do Boga, którą pielęgnowałyśmy w cieniu naszego „idealnego”, życiowego scenariusza. 

Kto jest autorem tego naszego, wewnętrznego przekonania o złych intencjach dobrego Boga? Kto mógł nas oszukać i zasiać w naszym sercu podejrzliwość co do Bożych intencji względem nas i naszego życia? Kiedy rozmawiałam o tym z zaprzyjaźnioną mężatką, przypomniała mi biblijną scenę kuszenia Ewy, kiedy wąż wypowiada znamienne słowa: „Czy rzeczywiście Bóg powiedział…”. 

Rozważając temat powołania i wsłuchując się w kościelne spory na temat ilości dróg życiowego powołania, zastanawiam się gdzie wszyscy popełniamy błąd? Ewidentnie jakiś popełniamy skoro istnieje pokaźna grupa wiernych, którzy nie wierzą, że jedynie pełnienie woli Bożej (a nie własnej) ma sens. Którzy nie wierzą, że jedynie życie zgodne z Bożym scenariuszem (a nie naszym wymarzonym) daje poczucie spełnienia i zapewnia życie wieczne. Którzy nie utożsamiają Bożej wizji na ich życie z pełnią błogosławieństwa i szczęśliwości wszelakiej. Coś jest nie tak, jeśli wierni Kościoła Katolickiego uznają za Boże błogosławieństwo tylko i wyłącznie spełnienie realizacji ich marzeń i życiowych scenariuszy. Wielce frapujące jest przywiązanie do konkretnej drogi powołania wraz z desperackimi próbami jej osiągnięcia, tak jakby to ona była celem naszego życia. Skupiamy się na wymarzonej wizji życia i  wydaje nam się, że tylko tam możemy właściwie i w pełni realizować miłość do Boga. Tak bardzo pochłonięci jesteśmy sobą i tym czego my chcemy, czego my pragniemy, że umyka nam prawdziwy cel i najważniejsze powołanie naszego życia. Jest nim UMIŁOWANIE BOGA całym naszym sercem, całym naszym umysłem i całą naszą duszą. Kropka. Bez jakiegokolwiek „ale”. Wszystko inne jest drugorzędne i tak na prawdę nie powinno nas martwić. Kiedy odkryjemy, że to miłość Boga jest naszym największym skarbem oraz źrodłem wszelakiego błogosławieństwa, wybór życiowej drogi przestaje być niejako naszą troską. Jest to jedno z najbardziej fascynujących dla mnie odkryć dotyczących powołania. 

Fascynujących, ale tak trudnych do przyjęcia… potwierdzają to także mężatki. Moja siostra, z 30 letnim stażem małżeńskim mówi na ten temat bardzo otwartym tekstem: „Najczęściej to nie w Bogu upatrujemy największego skarbu, ale w mężczyźnie naszych marzeń. Przyczyną tego kobiecego skupienia na mężczyźnie jest grzech pierworodny. Bóg powiedział do kobiety: „…ku twemu mężowi będziesz kierowała swe pragnienia, on zaś będzie panował nad tobą”. /Rodz 3, 16/ Bóg mówi wprost, że kobieta bardzo źle ulokuje swoje pragnienia, jeśli będzie zwracać je ku mężowi ZAMIAST ku Niemu. Popadnie w rodzaj zniewolenia. To właśnie się z nami dzieje. Ta niewłaściwa kolejność uczuć i pragnień jest skutkiem grzechu, a często traktujemy ją jako naturalną drogę życia. Na nasze szczęście Jezus Chrystus wyzwolił nas z grzechu i dzięki Niemu możemy zwrócić oczy na źródło wszelkiej miłości – którym jest On sam. To w Nim możemy dopiero rzeczywiście i bezpiecznie kochać innych ludzi – także męża i dzieci, nie popadając w uzależnienie. A my zamiast w Nim kochać innych ludzi – chcielibyśmy w innych ludziach kochać Jego. „Kocham Jezusa w drugim człowieku”. To jednak tylko ładne określenie, które ukrywa brzydką prawdę – że w istocie chcę kochać innych ludzi dla zaspokojenia moich pragnień, które niewiele mają wspólnego z Jezusem. Najpierw powinnam pokochać samego Jezusa w Nim samym. Poznać na tyle dobrze Jego Twarz i tak się nią zachwycić, żeby rzeczywiście móc rozpoznać jej odbicie w drugim człowieku.  Inaczej widzę tylko człowieka, a tracę z oczu Jezusa. Najczęściej w drugim człowieku kocham po prostu siebie i swoje pragnienia. To bardzo łatwo poznać. Jeśli rzeczywiście chcę kochać Jezusa w drugim człowieku, to jakie znaczenie ma to, czy ten drugi człowiek jest moim ukochanym mężem, czy na przykład chorą sąsiadką, żebrakiem w metrze czy nieznośnym, hałaśliwym dzieckiem kuzynki? W osobach trudnych i uciążliwych możemy przecież naprawdę dostrzec Jezusa i pomagać ludziom przez miłość  do Niego, nie myląc jej z miłością własną. Potrzebujemy jak powietrza i w pierwszej kolejności, prawdziwej, rzeczywistej relacji z Panem Jezusem we własnej Osobie. Kiedy jednak nauczę się kochać Jezusa – dla Niego samego, ku Niemu kierować pragnienia serca, wtedy już wcale wybór drogi powołania nie będzie taki oczywisty.”

Dopóki nie zerwiemy ze stereotypowym myśleniem (światowym) na temat powołania i nie postawimy Boga w centrum, takie wypowiedzi będą nas irytować i wyprowadzać z równowagi. Sama przez wiele lat słysząc taki tekst siostry, jaki przytoczyłam po wyżej, wpadałam w furię i twierdziłam, że tak może mówić tylko ktoś, kto nigdy prawdziwej samotności nie zaznał. Ktoś kto ma szczęśliwą rodzinkę, męża i dzieci. Minęło parę lat intymności z Bogiem, adorowania Oblicza Jezusa i dziś, z czystym sercem mogę się podpisać pod każdym słowem tej wypowiedzi. Trafia w sedno i dlatego tak boli…  

Naszym powołaniem jest KOCHAĆ BOGA. Kiedy realizujemy to powołanie, tzn. kiedy ta miłość jest już dla nas najważniejsza i wystarcza nam za wszystko i za wszystkich, wówczas sam Bóg wskazuje miejsce i posyła nas tam gdzie jesteśmy Mu potrzebni. Bo powołanie w sensie konkretnej drogi życiowej jest służbą, służbą drugiemu człowiekowi ze względu na miłość Boga. Kiedy faktycznie Bóg jest dla nas najważniejszy, wszystko inne staje się już względnie ważne. Wszystkie rodzaje powołania jakie znamy mają wówczas dla nas tę samą wartość i nie ma w nas już lęku przed którymkolwiek z nich. Dlaczego miałabym się bać życia konsekrowanego, małżeńskiego czy stanu wolnego, jeśli każdą z tych dróg podążać będę z miłości do Boga! Nikt z nas nie zna siebie tak dobrze, jak zna nas Bóg. Dlatego miejsce wskazane przez Niego, zawsze będzie miejscem najodpowiedniejszym dla nas. Dopóki nie zaufam Mu i nie uwierzę w Jego najlepsze intencje względem mojej osoby i mojego życia, dopóty będę usychać ze zgryzoty nad nieudanym żywotem i zmarnowanym powołaniem. Jeśli będę pielęgnować w sobie fałszywy obraz Boga, to nigdy nie zdobędę się na przyjęcie Jego woli i realizację planu jaki dla mnie przygotował. Najwspanialszego planu o jakim nie śniłam! 

Jeśli kobieta ma już swoje lata i nie założyła rodziny, o której marzyła, to być może popełniła jakieś błędy w przeszłości i być może przeoczyła jakieś potencjalne możliwości na realizację tej konkretnej drogi życiowej. Być może. Czy to oznacza, że zmarnowała życie i swoje powołanie?! Oczywiście znajdą się tacy, którzy tak myślą. Mało kto pomyśli, że być może Bóg pragnął dla niej czegoś zupełnie innego. Równie pięknego jak małżeństwo a nawet przewyższającego to, o czym całe życie marzyła. Nas powinno interesować właśnie to, co myśli na ten temat sam Bóg. Jeśli rozważamy teraz to zagadnienie, to oznacza, że jeszcze żyjemy. A jeśli żyjemy i dopóki żyjemy, to mamy wszystko co potrzeba do tego aby realizować najważniejsze życiowe powołanie, do którego wzywa każdą z nas sam Bóg! Jeśli od tego momentu – zamiast na sobie – skoncentruję się na Bożej miłości, to niebawem odkryję jej ślady w moich konkretnych życiowych wydarzeniach. To, co jawiło się do tej pory jako znienawidzony, czarny scenariusz, nieoczekiwanie nabierze nowych, czystych barw. Dopóki żyję, mam możliwość na realizację Bożego powołania, którym jest odkrycie i doświadczenie JEGO MIŁOŚCI. Przestańmy słuchać „przyjaciół Hioba”, zacznijmy słuchać Boga! 

Nie miej własnych teorii na życie, to one są odpowiedzialne za wszystkie nieszczęścia w twoim losie! Nie miej czyichś teorii na życie, bo one też pochylały twoje życie do niewłaściwych celów!
Nie żyj słowem ludzkim… tylko Bożym, a wyprostuje się twoje życie a nawet sylwetka! Wybierz Słowo Boga, a zostaw słowa ludzkie. Zdemaskuj swoje dekalogi, które wykrzywiały twoim istnieniem tak, że może nawet chodząc, byłeś skrzywiony ze złości, smutku i lęku… ciągle w wiecznym pokłonie przed wszystkimi, ale nie przed Bogiem.
Nie miej własnych teorii na życie, ucz się odwoływać do Biblii. Czytaj, rozważaj i ucz się na pamięć Słów Boga! (…)

Nie zgadzając się na siebie, trudno zgodzić się na powołanie, gdyż Bóg nie powołał nas takich, jakimi byśmy chcieli być, tylko takim, jakimi jesteśmy – i nie powołał nas po to, abyśmy zapomnieli o swojej przeszłości, chcąc ukryć to, co było przykrego w naszym życiu oraz mając do siebie, do Boga i do ludzi żal o treść naszego życia.
On nas powołał, bo to wszystko, co było historią twojego życia, On chce uczynić Historią Zbawienia.
Bóg nie wybrał największego narodu starożytności – na przykład Egipcjan albo Asyryjczyków lub Greków czy też Rzymian na Naród Wybrany, lecz naród najnędzniejszy, naród koczowników, przybłędów, ludzi bez ojczyzny, bez króla, bez kultury, bez tradycji… niewolników, ludzi zniewolonych i biednych –  ludzi bezsilnych. Jeśli czujesz się takim właśnie człowiekiem, to twoje powołanie może być naprawdę udane.”

/”Wolni od niemocy” – O. Augustyn Pelanowski OSPPE/ 

Boże, tylko Ty! 

Po trzykroć tylko Ty, ze względu na Ciebie, ze względu na mnie samą i ze względu na ludzi, których postawisz na mojej drodze. Tu i teraz. Zechcesz postawić na mojej drodze konkretnego mężczyznę aby służyć Ci w sakramentalnym małżeństwie – alleluja! Zechcesz wskazać mi konkretną wspólnotę zakonną aby służyć Ci na drodze życia konsekrowanego – alleluja! Zechcesz zachować mnie w stanie wolnym aby służyć Ci jako świecka osoba żyjąca dla Królestwa Bożego – alleluja! Zechcesz postawić mnie na drodze, której nie znam, o której nic nie napisano w mądrych książkach, o której nie wspomina się na youtubowych konferencjach i naukach stanowych – alleluja!

«Oto ja służebnica Pańska, niech mi się stanie według słowa twego»

Bądź uwielbiony Boże na każdej życiowej drodze jeśli prowadzi do Ciebie. Tej sklasyfikowanej i tej, o której nie mamy bladego pojęcia. Na stereotypowych drogach życiowego powołania oraz na tych krętych, niepojętych, krytykowanych i odrzucanych przez naszych bliskich i przyjaciół, naszą rodzinę a nawet duchownych. Na przetartych szlakach małżeńskiego i rodzinnego pożycia oraz na ścieżkach zarośniętych chaszczami, o istnieniu których tylko Ty Panie wiesz. Bądź uwielbiony na nieprzetartych drogach indywidualnego powołania, których jest tyle ile osób nimi podążających!

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *