Jesteś tego warta! Musisz to mieć! 1/8

Urodziłam się w 70 roku ubiegłego wieku, w rodzinie katolickiej. Wychowana byłam w duchu wiary rzymsko-katolickiej. Wmówiono mi w młodości, że istnieją dwie opcje życiowego powołania: zakon lub małżeństwo. Kiedy byłam młoda nikt nie słyszał w Kościele Katolickim o singlach ani o „powołaniu do samotności”. Ta forma powołania nawet dziś wydaje się kontrowersyjna w niektórych kręgach katolickich. Sporo natomiast słyszałam o staropanieństwie. Początkowo nic nie wskazywało na to, że mogę paść jego „ofiarą”. Wraz z upływem lat docierało do mnie, że na zakon już „za późno” a do małżeństwa, cóż… potrzeba dwojga. Z wiekiem pragnienie macierzyństwa stawało się coraz bardziej obciążone ryzykiem powikłań, chorób dziecka i skazaniem go na posiadanie mamo-babci. Zrodziło się również pytanie czy w późnym wieku „warto” wychodzić za mąż skoro zewsząd słyszę, że podstawowym i najważniejszym celem małżeństwa jest posiadanie dzieci? Największym problemem jednak i tak był brak potencjalnego ojca. W XXI wieku ten problem wydaje się już być tylko problemem praktykujących katoliczek. Podczas czteroletniego pobytu w Hiszpanii dowiedziałam się, że „nic nie stoi na przeszkodzie żebym skorzystała z banku spermy – w 2003 roku nawet nie wiedziałam, że taki istnieje – i za pomocą metody in vitro została mamusią wspaniałego dzieciątka. Masz do tego prawo Catalina! – mówili dobrzy znajomi i przytaczali liczne przykłady „szczęśliwego macierzyństwa” wśród znajomych. O to czy dziecko będzie miało szczęśliwe dzieciństwo bez tatusia na starcie, nikt nie pytał.

Masz do tego prawo! Jesteś tego warta! Musisz to mieć! To hasła, które znam nie tylko z pierwszych reklam przełomu lat 90-tych. W procesie „gotowania żaby”(*) nawet nie wiem kiedy, uwierzyłam, że wszystko mi się należy. Było dla mnie oczywiste, że będę mieć męża, dziecko, dom i założę własną rodzinę. Skoro nie mam powołania do zakonu, było dla mnie również oczywiste, że mam prawo do bycia żoną i matką. Przecież w Piśmie Świętym wyraźnie stoi napisane, że nie jest dobrze aby człowiek był sam (Rdz. 2, 18; 24) i że mamy być płodni i rozmnażać się (Rdz. 1, 28).
Nie rozumiałam dlaczego nie jest to oczywiste dla samego Pana Boga?! W czym ma problem ze mną skoro jest wszechmocny?! Dlaczego nie docierają do Niego „cudowne” nowenny i wstawiennictwo świętych „od spraw beznadziejnych”?!

Z czasem nabierałam dziwnych wątpliwości czy powinnam się modlić o męża. Nie wiem skąd się one brały? Większość moich niezamężnych koleżanek „wiedziało na 100%, że powinny męża dostać”. Czy małżeństwo, to właściwy trop na mojej drodze do spełnienia? Wówczas usłyszałam, że skoro sama nie wierzę, że mogę „dostać” to o co się modlę, to nie mam na co liczyć aby moje modlitwy zostały wysłuchane! Dziś już wiem, że każda z nich wysłuchana została ale nie według mojego widzi mi się. Dziś już rozumiem, że „Ufność, którą w Nim pokładamy, polega na przekonaniu, że wysłuchuje On wszystkich naszych próśb zgodnych z Jego wolą”. (1J 5:14) Dotarło do mnie także to, że „szantażowanie i wymuszanie na Bogu czegokolwiek” nie jest pełnieniem Jego woli a w modlitwie Ojcze Nasz, „bądź wola Twoja” to trzecia w kolejności prośba wypowiadana do naszego Ojca (pierwsza: „święć się Imię Twoje”; druga: „przyjdź Królestwo Twoje”). Skoro nauczył mnie jej sam Jezus, to dobrze by było gdybym nie manipulowała na własny użytek przy jej treści…

Podróżując w czasie, jeszcze do stosunkowo nie tak odległej przeszłości, przypominam sobie zachęty bliskich i przyjaciół a nawet przynaglenia księży podczas spowiedzi, aby szukać męża, aby bardziej się starać i „ogarnąć się” a nie żyć tak egoistycznie i wygodnie. W ostatnich latach zalecano mi katolickie portale randkowe oraz Msze Święte dla singli – wynalazki/dobrodziejstwa XXI wieku. Jednym zdaniem powinnam stanąć na mojej katolickiej głowie żeby męża z nieba wyprosić i wreszcie zacząć żyć zgodnie z powołaniem kobiety.

Życie zgodne z powołaniem kobiety. 2/8

(*) „Znany publicysta Grzegorz Górny odniósł się do kwestii oddziaływania mediów mainstreamu, odwołując się do klasyka, Marshalla McLuhana. Ten najwybitniejszy w XX wieku teoretyk komunikowania masowego zadał swoim uczniom pytanie, czy dusze ludzkie łowi się dzisiaj wędką, czy siecią. Otóż, nie łowi się wędką, tak czyniono za czasów apostołów, chodząc od wsi do wsi. Nie łowi się również siecią, bo tak czyniono od czasów Gutenberga, kiedy pojawiły się książki i inne publikacje.
Dzisiaj łowi się ludzkie dusze inaczej, a mianowicie wymienia się wodę, zmienia się środowisko naturalne człowieka, żywioł, w którym on jest zanurzony, a robią to elektroniczne środki masowego przekazu, sprawiając, że żyjemy w rzeczywistości wirtualnej, która zmienia się niepostrzeżenie, znieczulając nas na zachowania, które kiedyś budziłyby nasz żywiołowy sprzeciw. – To można porównać do procesu gotowania żaby – przedstawił obrazowo ten zabieg goszczący w Bydgoszczy dziennikarz. – Jeśli włoży się żabę do zimnej wody, którą się stopniowo podgrzewa, to żaba się ugotuje, nie odczuwając zmiany temperatury.”
/fragm. artykułu, pt. „Grzegorz Górny: Tego nawet trzeźwy Mrożek by nie wymyślił” z portalu internetowego: bydgoszcz24.pl/

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *